Wyprowadzka Jul zmusiła nas do zrobienia generalnych porządków. Przeprowadzki z szafek do szafek, z szuflad do szuflad, wyrzucanie niepotrzebnych klamotów i takie tam. Wyrobiłyśmy się z Em w piątkowe popołudnie.
Tęsknimy? Niektórzy tak, inni jeszcze tego nie poczuli. Mnie, chcąc nie chcąc, mama zmusiła do refleksji, o czym z resztą nie wie. Bo jak wiadomo, będąc rodzicem, przeżywa odejście pierwszej córki, wspomina to i owo. Ja zaczęłam myśleć wtedy, że to koniec pewnego etapu: koniec czekania na powrót starszej siostry = koniec wieczornych pogadanek, koniec przygotowań do ślubu, koniec wkurzania się na niektóre sytuacje (to oczywiście pozytywny aspekt) i... popłakałam sobie w podusię, ale spokojnie, po prostu tego potrzebowałam, co nie znaczy, że teraz, co wieczór tak robię:) Nie zamierzam wpaść w depresję, bo Jul jest nadal, są też inni, jest Tata (ten u GÓRY) i od razu mi lepiej:)
Bycie "dętką" nie jest za fajne, dzięki Bogu nie trwało długo. W ten sposób pocieszam się też, że pierwsza sesja na studiach minie równie szybko i niedługo.. wakacje:) Znów będą wakacje!:)
sobota, 24 stycznia 2009
sobota, 10 stycznia 2009
Zwyczajnie nowy wpis
Pora na jakiś pierwszy post w tym roku. 2009 u mnie , jak na razie, zaczął się bez większych zmian. Dzieją się różne rzeczy, a czasem po prostu codzienność.
Za tydzień ślub J&A, przygotowania trwają. Julita się wyprowadzi, ciekawe na ile zmieni się nasz dom (na pewno więcej miejsca, a czy coś jeszcze..?); ciągle pracuje i jednocześnie studiuje, przychodzi wieczorami, nie wie nawet, że ja tu tworzę.. Zostanę z Emilczakiem i będziemy robić naloty u Shadowsów..
Czy ja mam jakieś postanowienia na ten rok? Niekoniecznie. Po prostu, dobrze jest iść do przodu, zmieniać coś, jeśli trzeba, tworzyć, poznawać, trwać.. Bo chciałoby się wiele.
Za tydzień ślub J&A, przygotowania trwają. Julita się wyprowadzi, ciekawe na ile zmieni się nasz dom (na pewno więcej miejsca, a czy coś jeszcze..?); ciągle pracuje i jednocześnie studiuje, przychodzi wieczorami, nie wie nawet, że ja tu tworzę.. Zostanę z Emilczakiem i będziemy robić naloty u Shadowsów..
Czy ja mam jakieś postanowienia na ten rok? Niekoniecznie. Po prostu, dobrze jest iść do przodu, zmieniać coś, jeśli trzeba, tworzyć, poznawać, trwać.. Bo chciałoby się wiele.
niedziela, 14 grudnia 2008
Wakacyjne sentymenty
No tak.. Idą swięta, a ja tu o wakacjach, ale taki m. in. był mój zamiar, kiedy powstał ten blog.. Zatem czasami na krótko będę tu do nich wracać..
To, co ujęło mnie na początku mojego pobytu u nowej rodziny Francuzów to był.. po prostu widok spiących dzieci, kiedy zobaczyłam je pierwszego wieczoru w ich łóżeczkach, takie malusie, jeszcze słodsze na żywo niż kiedy widziałam je na 2-óch zdjęciach przed wyjazdem. Jean (3) i Maxime (1 rok) - poznałam ich na drugi dzień, kiedy razem z mamą - Gaelle odebrałysmy chłopców ze żlobka. To byl fajny dzień, moglam się wyspać po podróży (mialam super wygodne lóżko), a Gaelle tej pierwszej nocy zostawila mi w pokoju kartkę o tym, żebym odpoczęla wlasnie i że poznanie dzieci może poczekać. No i zapukala, żeby dać mi zatyczki do uszu w razie, gdyby rano dzieci robily ogólny harmider. Nieźle.. To mi się podobało, chociaż ja mam twardy sen, więc i tak z nich nie skorzystalam (z resztą - bez przesady, nie robily mega halasu)..
Jak widać na powyższym przykładzie, są to ludzie uprzejmi, ale i... zdystansowani, o czym mogłam przekonać się już w czasie mojego pierwszego pobytu en France. W niektórych sytuacjach ich zachowanie bylo wg mnie aż dziwne. Od razu sobie wtedy myslalam, że Polacy są.. inni.. No różnimy się, różnimy.. Nie da się ukryć. Ale to jest fajne, taka różnorodnosc kulturowa..
Mój dzień wyglądal tak: rano od ok. 8:30 do 10:00 jadlam sniadanie (przez 2 tyg sama, potem już z Jankiem, jak go nazywam), ubieralam dzieci przemiennie z Gaelle (więc jak byl to Maxou - MAKSU, trzeba bylo go przewinąć) i ogólnie pilnowalam ich do czasu aż szlismy z Jeanem szukać slimaków (jego ulubione zajęcie, ja oczywiscie po pewnym czasie mialam tego dosyć), albo z dwójeczką na spacerek. O 12 asystowałam przy ich obiedzie i uwaga - to jest komedia - Francuzi potrafią dać swoim dzieciom do zjedzenia chipsy + plaster szynki, ale ich jedzenie to w ogóle inna historia.. W każdym razie częsciej dawali im jakies warzywa i mięso, a na deser jogurcik, więc komedii nie bylo aż tak czesto:) Po zjedzeniu miały siestę, do której też na zmianę z mamą ich przygotowywałysmy. Po obiedzie z doroslymi to była też przerwa dla mnie, 14-16, potem budzilam Janka (nie bylo fajnie gadać z nim, kiedy byl zaspany, ale dawalam rade), asystowalam przy podwieczorku (ewentualnie przewijalam Maxima) i znów gdzies szlismy (na plażę, plac zabaw, karuzelę lub do ogrodu warzywnego dziadków - Ile de Re, a jednego popoludnia bylam z Jankiem na teatrzyku "Guignol" - GINIOL). Potem kolacja, mycie, przebranie w piżamki, czytanie książki (z której Janek najbardziej lubił "Les fantomes" - opowiadanie o duchach i "Pipi, kaka, popo" - o siuskach, kupce i w ogóle, jak to mają dzieci w tym wieku)
Janek, jak na 3-latka przystalo, miewal różne humory, a wlasciwie zachowania. Byly momenty, kiedy bylam "gentille" - mila, byly też takie, kiedy mówil odwrotnie. Ogólnie zawsze chodzilo o to, żeby bylo po jego mysli. Ale Gaelle i Regis są raczej normalnymi rodzicami, dlatego mialam prawo skarcić, gdy bylo trzeba..
Reasumując, niezle doswiadczenie, taki wakacyjny kurs, samoksztalcenie pedagogiczne...
Jak będę miala czas i ochotę, opiszę jeszcze gdzie bylam konkretnie, co robilam w wolne dni, kogo spotkalam, ogólne spostrzeżenia i co mi przyjdzie do glowy. Tak myslę...
To, co ujęło mnie na początku mojego pobytu u nowej rodziny Francuzów to był.. po prostu widok spiących dzieci, kiedy zobaczyłam je pierwszego wieczoru w ich łóżeczkach, takie malusie, jeszcze słodsze na żywo niż kiedy widziałam je na 2-óch zdjęciach przed wyjazdem. Jean (3) i Maxime (1 rok) - poznałam ich na drugi dzień, kiedy razem z mamą - Gaelle odebrałysmy chłopców ze żlobka. To byl fajny dzień, moglam się wyspać po podróży (mialam super wygodne lóżko), a Gaelle tej pierwszej nocy zostawila mi w pokoju kartkę o tym, żebym odpoczęla wlasnie i że poznanie dzieci może poczekać. No i zapukala, żeby dać mi zatyczki do uszu w razie, gdyby rano dzieci robily ogólny harmider. Nieźle.. To mi się podobało, chociaż ja mam twardy sen, więc i tak z nich nie skorzystalam (z resztą - bez przesady, nie robily mega halasu)..
Jak widać na powyższym przykładzie, są to ludzie uprzejmi, ale i... zdystansowani, o czym mogłam przekonać się już w czasie mojego pierwszego pobytu en France. W niektórych sytuacjach ich zachowanie bylo wg mnie aż dziwne. Od razu sobie wtedy myslalam, że Polacy są.. inni.. No różnimy się, różnimy.. Nie da się ukryć. Ale to jest fajne, taka różnorodnosc kulturowa..
Mój dzień wyglądal tak: rano od ok. 8:30 do 10:00 jadlam sniadanie (przez 2 tyg sama, potem już z Jankiem, jak go nazywam), ubieralam dzieci przemiennie z Gaelle (więc jak byl to Maxou - MAKSU, trzeba bylo go przewinąć) i ogólnie pilnowalam ich do czasu aż szlismy z Jeanem szukać slimaków (jego ulubione zajęcie, ja oczywiscie po pewnym czasie mialam tego dosyć), albo z dwójeczką na spacerek. O 12 asystowałam przy ich obiedzie i uwaga - to jest komedia - Francuzi potrafią dać swoim dzieciom do zjedzenia chipsy + plaster szynki, ale ich jedzenie to w ogóle inna historia.. W każdym razie częsciej dawali im jakies warzywa i mięso, a na deser jogurcik, więc komedii nie bylo aż tak czesto:) Po zjedzeniu miały siestę, do której też na zmianę z mamą ich przygotowywałysmy. Po obiedzie z doroslymi to była też przerwa dla mnie, 14-16, potem budzilam Janka (nie bylo fajnie gadać z nim, kiedy byl zaspany, ale dawalam rade), asystowalam przy podwieczorku (ewentualnie przewijalam Maxima) i znów gdzies szlismy (na plażę, plac zabaw, karuzelę lub do ogrodu warzywnego dziadków - Ile de Re, a jednego popoludnia bylam z Jankiem na teatrzyku "Guignol" - GINIOL). Potem kolacja, mycie, przebranie w piżamki, czytanie książki (z której Janek najbardziej lubił "Les fantomes" - opowiadanie o duchach i "Pipi, kaka, popo" - o siuskach, kupce i w ogóle, jak to mają dzieci w tym wieku)
Janek, jak na 3-latka przystalo, miewal różne humory, a wlasciwie zachowania. Byly momenty, kiedy bylam "gentille" - mila, byly też takie, kiedy mówil odwrotnie. Ogólnie zawsze chodzilo o to, żeby bylo po jego mysli. Ale Gaelle i Regis są raczej normalnymi rodzicami, dlatego mialam prawo skarcić, gdy bylo trzeba..
Reasumując, niezle doswiadczenie, taki wakacyjny kurs, samoksztalcenie pedagogiczne...
Jak będę miala czas i ochotę, opiszę jeszcze gdzie bylam konkretnie, co robilam w wolne dni, kogo spotkalam, ogólne spostrzeżenia i co mi przyjdzie do glowy. Tak myslę...
Subskrybuj:
Posty (Atom)