poniedziałek, 17 maja 2010

JB-owe coś

Nikt mi nie powie, że student to ma czas! A jak powie, to ja będę polemizować.

Studia językowe cechują się pewnego rodzaju 'dziubdzianiem' (jak to czasami nazywam), pochłaniającym sporą część życia i zdecydowanie trzeba się tego nauczyć. Można się przyzwyczaić (jak do większości zjawisk), ale ja chyba jeszcze nie to że nie przywykłam, tylko może nie potrafię tak jak bym chciała, bo gdyby tak było, inaczej bym się zorganizowała w wielu minionych już momentach.

Do czasu wakacji będziemy starać się z moją uczennicą ogarnąć język tubylców Korsyki i zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Wczoraj w pracy pod koniec dnia ze zmęczenia zaczęłam gadać głupotki, które muszę z wrażenia opisać. Mówię np. do szanownego klienta: Czy mogę prosić pana kod PIN? (zamiast kod pocztowy) albo też podaję paragon do podpisu (bo klient płacił kartą na podpis właśnie) i rzucam "dziękuję", mimo, że ostateczny paragon się dopiero drukuje.
W firmie takiej jak Ikea sytuacje przeróżne się mnożą i tutaj możnaby dużo opowiadać, prawda dziewczyny? (patrz Judyta & Izabela :>)

Na czerwiec szykuje się to i owo, a po drodze warsztaty Gt, organizacja wakacji, mixt w bule, projekt w stylu 'nawiąż kontakt z osobą żyjącą we Francji i wykorzystaj to w celu uzyskania potrzebnych informacji'... Inaczej tego nie wytłumaczę.

I w końcu załatwienie praktyk. Ciekawe gdzie wyląduję we wrześniu. To będzie zabawne, chociaż w tym momencie odechciewa mi się tych formalności, zwłaszcza po pewnej jakże uprzejmej rozmowie telefonicznej. Dobra, nie będę przesadzać, tyle że emocje same wylęgają, ale to dobrze się ich pozbyć, z czym co poniektórzy się zgodzą, prawdaż? ;>