Nie zapomnę dnia powrotu ze wspaniałego tygodnia w l'Estartit. Poprzednie powroty były inne, tym razem wyraźnie coś się kończyło i coś zaczynało.
Tak ciężko było się przestawić, mimo, że po pierwsze: był to powrót po krótkiej nieobecności (tylko tydzień i AŻ TYDZIEŃ), po drugie: powrót do "siebie", do swoich... do Polski, którą zawsze traktowałam jak swoją. Mentalność rodaków przeszkadzała mi wtedy jak nigdy, męczyło mnie tachanie walizki po chropowatych i krzywych chodnikach, do których jestem przecież przyzwyczajona, irytowały mnie zachowania ludzi, ich brak uprzejmości i stwarzanie problemów. Dziwne to było wszystko, jak bym dotarła conajmniej do obcego miejsca.
Wrażenie to towarzyszyło mi przez pierwszy tydzień, potem zaczęło się zacierać gdzieś w szarym tle. I cóż wynika z tych moich wywodów? Teoretycznie, do wszystkiego można przywyknąć, z tym, że tutaj jest małe ale... ALE jest takie, że nie można się temu poddać, tzn. NIE MOŻNA POZWOLIĆ sobie przyzwyczajać się do wszystkiego!
Każdy człowiek w pewnym momencie swojego życia do czegoś przywykł. Mniej lub bardziej świadomie, ale przywykł. Ja na pewno przyzwyczaiłam się do części fenomenów, od których chcę się odzwyczaić. Zwyczajnie odzwyczaić, po prostu... Nie znaczy to, że nagle znikną w banalny sposób , ale zaczyna się pewien proces.
Nowy rok jak dla mnie może być każdego dnia. Koniec jednego, początek drugiego. Konkretne momenty i etapy można oddzielić od innych. Osobiście nie robię całorocznych bilansów. Brak wielkich postanowień, każdy kolejny dzień wnosi coś ze sobą.
Nie planowałam np. wylania powyższych refleksji ani tu ani teraz. Tak po prostu wypłynęło, bo część się kumulowała i już kiedyś miała ujrzeć światło dzienne. Tak się nie zadziało - widocznie musiało to nastąpić dopiero dzisiaj.
A na finish zachęcam do rzucenia okiem na moją picasę (link po prawej str.), bo pewnie nie wszyscy mieli okazję wczuć się w klimat, którego i tak żadne zdjęcie nie oddaje w 100%.
Z pozdrowieniami dla czytelników i podglądaczy
JB:)
piątek, 17 września 2010
piątek, 9 lipca 2010
Uroki polskiej wsi
Znam jedną taką. Jadąc tam myślałam, patrzyłam, słuchałam dźwięków i spałam. Taki początek moich wakacji...
Ma w sobie coś, czego nie ma żadne miasto. Trudno określić co, bo spokój i ciszę doceni każdy mieszczuch. Jest po prostu inna... Wieś... Ludzie są inni, tryb życia jest inny i zjawiska atmosferyczne też jakby inne.
Wjeżdżasz do niej i wiesz od razu, że nie jesteś stamtąd. Odbierasz spojrzenia mieszkańców. Ciekawscy? Po części. Nieważne czy autem, rowerem, traktorem, czy na przyczepie (wszystko dozwolone) - ważne, że jedziesz. I może nie jesteś totalnie obcy, ale zauważony na pewno. Patrzą na Ciebie, bo muszą wiedzieć, czy Cię przypadkiem nie znają i wtedy automatycznie machają lub kiwają głową.
Pewna część dzieciństwa tam. Zmiany? Niewielkie. Życie posuwa się na przód, jakiś mniej więcej określony obraz został. Cel - odwiedziny. Trochę inaczej spędzany czas, spora jego część na zastanawianie. Inne niż w mieście zajęcia. Mniej stresu? Możliwe. Inny charakter pracy i obowiązków.
Zielone łączki, pola z kłosami, sady, ogródki.
Krowy, kury, kaczki, psy i koty.
Mieszkać tam zamiast w mieście? Nie. Trochę nudno... Ale miło by było mieć drugi dom na wsi (a właściwie jeden z wielu, bo można tu wliczyć sporo miejsc; dom - pojęcie względne).
Ma w sobie coś, czego nie ma żadne miasto. Trudno określić co, bo spokój i ciszę doceni każdy mieszczuch. Jest po prostu inna... Wieś... Ludzie są inni, tryb życia jest inny i zjawiska atmosferyczne też jakby inne.
Wjeżdżasz do niej i wiesz od razu, że nie jesteś stamtąd. Odbierasz spojrzenia mieszkańców. Ciekawscy? Po części. Nieważne czy autem, rowerem, traktorem, czy na przyczepie (wszystko dozwolone) - ważne, że jedziesz. I może nie jesteś totalnie obcy, ale zauważony na pewno. Patrzą na Ciebie, bo muszą wiedzieć, czy Cię przypadkiem nie znają i wtedy automatycznie machają lub kiwają głową.
Pewna część dzieciństwa tam. Zmiany? Niewielkie. Życie posuwa się na przód, jakiś mniej więcej określony obraz został. Cel - odwiedziny. Trochę inaczej spędzany czas, spora jego część na zastanawianie. Inne niż w mieście zajęcia. Mniej stresu? Możliwe. Inny charakter pracy i obowiązków.
Zielone łączki, pola z kłosami, sady, ogródki.
Krowy, kury, kaczki, psy i koty.
Mieszkać tam zamiast w mieście? Nie. Trochę nudno... Ale miło by było mieć drugi dom na wsi (a właściwie jeden z wielu, bo można tu wliczyć sporo miejsc; dom - pojęcie względne).
czwartek, 17 czerwca 2010
piątek, 11 czerwca 2010
Aktualnie
Praktyki załatwione w 4 LO, suma sumarum: łatwo, szybko i przyjemnie. Oby tak było i we wrześniu.
Cały czas jest co robić, ale sesji nie zamierzam tu przywoływać. W życiu jest tyle do ogarnięcia, że warto skupiać się na... tym, co cieszy, co wnosi energię, co inspiruje, co ma dla nas wartość, co jest najważniejsze i dzięki czemu chce się być... Bo plany można mieć różne, a chwile są ograniczone.
A propos, planowana przygoda już bliżej niż dalej! Fajnie organizować sobie coś we własnym zakresie - jest satysfakcja:)
Życzę jej wszystkim...
Cały czas jest co robić, ale sesji nie zamierzam tu przywoływać. W życiu jest tyle do ogarnięcia, że warto skupiać się na... tym, co cieszy, co wnosi energię, co inspiruje, co ma dla nas wartość, co jest najważniejsze i dzięki czemu chce się być... Bo plany można mieć różne, a chwile są ograniczone.
A propos, planowana przygoda już bliżej niż dalej! Fajnie organizować sobie coś we własnym zakresie - jest satysfakcja:)
Życzę jej wszystkim...
poniedziałek, 17 maja 2010
JB-owe coś
Nikt mi nie powie, że student to ma czas! A jak powie, to ja będę polemizować.
Studia językowe cechują się pewnego rodzaju 'dziubdzianiem' (jak to czasami nazywam), pochłaniającym sporą część życia i zdecydowanie trzeba się tego nauczyć. Można się przyzwyczaić (jak do większości zjawisk), ale ja chyba jeszcze nie to że nie przywykłam, tylko może nie potrafię tak jak bym chciała, bo gdyby tak było, inaczej bym się zorganizowała w wielu minionych już momentach.
Do czasu wakacji będziemy starać się z moją uczennicą ogarnąć język tubylców Korsyki i zobaczymy, co z tego wyjdzie.
Wczoraj w pracy pod koniec dnia ze zmęczenia zaczęłam gadać głupotki, które muszę z wrażenia opisać. Mówię np. do szanownego klienta: Czy mogę prosić pana kod PIN? (zamiast kod pocztowy) albo też podaję paragon do podpisu (bo klient płacił kartą na podpis właśnie) i rzucam "dziękuję", mimo, że ostateczny paragon się dopiero drukuje.
W firmie takiej jak Ikea sytuacje przeróżne się mnożą i tutaj możnaby dużo opowiadać, prawda dziewczyny? (patrz Judyta & Izabela :>)
Na czerwiec szykuje się to i owo, a po drodze warsztaty Gt, organizacja wakacji, mixt w bule, projekt w stylu 'nawiąż kontakt z osobą żyjącą we Francji i wykorzystaj to w celu uzyskania potrzebnych informacji'... Inaczej tego nie wytłumaczę.
I w końcu załatwienie praktyk. Ciekawe gdzie wyląduję we wrześniu. To będzie zabawne, chociaż w tym momencie odechciewa mi się tych formalności, zwłaszcza po pewnej jakże uprzejmej rozmowie telefonicznej. Dobra, nie będę przesadzać, tyle że emocje same wylęgają, ale to dobrze się ich pozbyć, z czym co poniektórzy się zgodzą, prawdaż? ;>
Studia językowe cechują się pewnego rodzaju 'dziubdzianiem' (jak to czasami nazywam), pochłaniającym sporą część życia i zdecydowanie trzeba się tego nauczyć. Można się przyzwyczaić (jak do większości zjawisk), ale ja chyba jeszcze nie to że nie przywykłam, tylko może nie potrafię tak jak bym chciała, bo gdyby tak było, inaczej bym się zorganizowała w wielu minionych już momentach.
Do czasu wakacji będziemy starać się z moją uczennicą ogarnąć język tubylców Korsyki i zobaczymy, co z tego wyjdzie.
Wczoraj w pracy pod koniec dnia ze zmęczenia zaczęłam gadać głupotki, które muszę z wrażenia opisać. Mówię np. do szanownego klienta: Czy mogę prosić pana kod PIN? (zamiast kod pocztowy) albo też podaję paragon do podpisu (bo klient płacił kartą na podpis właśnie) i rzucam "dziękuję", mimo, że ostateczny paragon się dopiero drukuje.
W firmie takiej jak Ikea sytuacje przeróżne się mnożą i tutaj możnaby dużo opowiadać, prawda dziewczyny? (patrz Judyta & Izabela :>)
Na czerwiec szykuje się to i owo, a po drodze warsztaty Gt, organizacja wakacji, mixt w bule, projekt w stylu 'nawiąż kontakt z osobą żyjącą we Francji i wykorzystaj to w celu uzyskania potrzebnych informacji'... Inaczej tego nie wytłumaczę.
I w końcu załatwienie praktyk. Ciekawe gdzie wyląduję we wrześniu. To będzie zabawne, chociaż w tym momencie odechciewa mi się tych formalności, zwłaszcza po pewnej jakże uprzejmej rozmowie telefonicznej. Dobra, nie będę przesadzać, tyle że emocje same wylęgają, ale to dobrze się ich pozbyć, z czym co poniektórzy się zgodzą, prawdaż? ;>
sobota, 1 maja 2010
wtorek, 13 kwietnia 2010
Po prostu
Nie potrafią inaczej. Tak są nauczeni i wychowani. Polacy.
Trzeba zastanowić się nad głębszym sensem...
Prywatne preferencje należy czasami zachować dla siebie, ale nie zawsze.
Z niektórymi rzeczami człowiek musi się oswoić.
Osobiście często nie potrafię.
Myśli sporo, ale bywa, że trudno je wyrazić.
Tak naprawdę nikt nie rozumie do końca drugiego, a jednak ktoś jest...
Ja nie filozofuję...
Po prostu jestem.
Trzeba zastanowić się nad głębszym sensem...
Prywatne preferencje należy czasami zachować dla siebie, ale nie zawsze.
Z niektórymi rzeczami człowiek musi się oswoić.
Osobiście często nie potrafię.
Myśli sporo, ale bywa, że trudno je wyrazić.
Tak naprawdę nikt nie rozumie do końca drugiego, a jednak ktoś jest...
Ja nie filozofuję...
Po prostu jestem.
czwartek, 8 kwietnia 2010
Re-Skrobanie, mini post dla ruszenia zastoju
Budzę się rano i myślę: co za żal, trzeba wstać, ogarnąć się i zacząć nowy dzień.
Owszem trzeba, a kiedy się już zacznie, to myślenie się zmienia. Bo dopóki śpię, to bardzo nie lubię tego wyrwania ze "snu" albo snów (choć nie za często je miewam). Chciałabym wtedy w ogóle się nie budzić.
W głowie rysuje mi się cały dzionek albo tylko szary szkic. A w realu bywa różnie, w każdym razie nigdy sama tego nie tworzę.
Lubuję wiosnę.
Wszyscy zawsze niecierpliwie na nią czekają, dla niektórych bywa początkiem czegoś nowego.
Zaiste.
Wstawanie wiosenną porą, mimo wszystko, przychodzi łatwiej.
Owszem trzeba, a kiedy się już zacznie, to myślenie się zmienia. Bo dopóki śpię, to bardzo nie lubię tego wyrwania ze "snu" albo snów (choć nie za często je miewam). Chciałabym wtedy w ogóle się nie budzić.
W głowie rysuje mi się cały dzionek albo tylko szary szkic. A w realu bywa różnie, w każdym razie nigdy sama tego nie tworzę.
Lubuję wiosnę.
Wszyscy zawsze niecierpliwie na nią czekają, dla niektórych bywa początkiem czegoś nowego.
Zaiste.
Wstawanie wiosenną porą, mimo wszystko, przychodzi łatwiej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)