Cześć Czytacze.
Znów mam tę wewnętrzną potrzebę uzewnętrznienia się pisząc. Ktoś by mógł zapytać "Znów?" (już Ją nawet słyszę i w związku z tym pozdrawiam :D) - zatem tak, a i owszem, mam trochę starych postów, ale to już przeszłość, nie patrzcie na nią teraz. Blog jest ogólnie do modyfikacji, z tym że to już na pewno nie dzisiaj. Dużo się zadziało odkąd ostatni raz napisałam. Postanowiłam wczoraj, że w obecnej sytuacji wrzucę coś aktualnego i voilà - dzisiaj działam. To pomaga. Taka osobista terapia, której możecie czuć się częścią, choć pamiętajcie, że jesteście wybrani.
Mija miesiąc, a ja im więcej czasu upływa, tym bardziej - wydawałoby się - tęsknię. Sama nie wiem... To takie ludzkie uczucie, bolesne i męczące. Mimo to, udaje mi się słuchać pozytywnych myśli. Gdyby ich nie było, znacznie ciężej bym to znosiła. Codziennie do czegoś dochodzę, powoli, małymi krokami, ale idę i odkrywam. Odkrywam na nowo albo uczę się zupełnie od początku.
Nie wiem ile czasu będzie goiła się ta rana, wiem, że zostawi bliznę, ale inną niż po oparzeniu. Będzie to ważny ślad dlatego, że chcę wynieść z tej sytuacji jak najwięcej i jak tylko będzie się to zadziewać (co właśnie się zaczyna), to postaram się tym tutaj dzielić. Brzmi pozytywnie, co nie znaczy, że to łatwe. To kwestia decyzji. Było mi ciężko i nadal bywa, ale jedną ze złotych myśli w tym czasie jest dla mnie fakt odbywania podróży, mojej osobistej kobiecej podróży: "Wtedy nadszedł czas na podjęcie ryzyka. Pozostanie ściśniętą w pąku było bardziej bolesne niż podjęcie ryzyka rozkwitnięcia." (Anaïs Nin). Pięknie powiedziane. Dokładnie tak określam swój stan.
I wiecie co jeszcze? Mam głębokie przekonanie, że warto. Warto walczyć i mieć nadzieję na lepsze, o czym wiedziałam do tej pory, ale teraz ma to dla mnie nowe znaczenie, jakby w innym wymiarze, powiedzmy że w 3D :) Wierzcie mi przy tym, że nie udaje mi się walczyć samej. Oj nie. Owszem, jestem herodbabą, ale zgodzicie się ze mną, że tutaj to nie wystarcza. Zwyczajnie po ludzku mnie to przerasta, a wrażliwość mam chyba na poziomie dziecka. Wiem dobrze, że nie mogę się obwiniać, ani tracić swojej wartości, naprawdę wiem to wszystko. Natomiast, świadomość ta nie do końca pomaga mi w regeneracji, czy jakkolwiek inaczej by to określić. Nie pomagają mi też ludzie. Wszyscy jesteście mi bardzo potrzebni i jestem wdzięczna, że jesteście, ale wiem też, że rozumiecie, że tak naprawdę nikt nie jest w stanie zastąpić mi teraz mojej straty. Nikt nie może zapełnić tej pustki. Po prostu nikt na ziemi. Nikt!!! Wszystkie te rzeczy, w które uciekamy, kiedy coś nas boli i ciężko nam na sercu, całe to robienie czegoś dla siebie i ciągłe dogadzanie sobie sprawiają, że czujemy się lepiej... tylko przez chwilę. Ale do tego trzeba dojść samemu. Substytuty nigdy nie rozwiążą głębszego problemu naszych serc... Zatem gdy sobie tak bezsilnie płakałam, gdy byłam z tym kompleeeeetnie sama (między spotkaniami z ludźmi, które to - no właśnie - tylko przez chwilę pozwalały mi nie tęsknić), jedynym, kto mnie słyszał i tak naprawdę rozumiał, był Bóg. I nie chodzi o to, że ktoś może wierzyć lub nie, ale o to, że trzeba tego samemu doświadczyć, samemu się przekonać. Smutne jest to, że jako ludzie jesteśmy tacy zamknięci i nieufni. Często potrzeba nam jakiejś osobistej tragedii, żebyśmy się otworzyli. Jak to się mówi: jak trwoga, to do Boga. Ja nigdy tak nie chciałam. Zauważcie, że jesteśmy wolnymi istotami, to do nas należy wybór. Nikt nas do niczego nie zmusza, a codziennie wybieramy, codziennie podejmujemy decyzje. Chcemy być szczęśliwi, wiecznie szukamy spełnienia i do czegoś dążymy. Zwyczajnie, po ludzku. Zabawne jest to, jak jesteśmy w tym beznadziejni. Mamy w końcu wolną wolę...
Potrzebowałam to wszystko napisać, być może kiedyś komuś to pomoże. Mnie samej na pewno. Każdy przecież marzy o szczęściu i jak tylko odpowiednio go szuka, to znajdzie... I think :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz