piątek, 26 sierpnia 2011

26.08.2011

Dzisiaj mija miesiąc odkąd tu jestem, zmieniła się pogoda (deszcz ładny... za oknem :]) - fakty te popchnęły mnie do stworzenia nowego posta. Miesiąc bardzo pogodny i ogółem ujmując udany. Równo po 30 dniach krótki raport, zwany donosem. Treść: mentalność francuska i moja z nią walka. Tak naprawdę ciężko z nią walczyć, ale postawiłam sobie to za tutejszą misję. Po jednym spotkaniu z ludźmi w wieku mniej więcej 21-24 lata po prostu o tym myślałam. Próbowałam zrozumieć. Potem rozmawiałam o tym z kimś innym. Stwierdziłam, że to nie jest czysta ignorancja, ale ślepota. Oni tego zwyczajnie nie widzą. A jeśli widzą, to i tak nie potrafią tego zmienić. Może wydaje im się, że jak kogoś zaprosili, to są cool. Większość z nich sama przytakuje, że tacy po prostu są. Trochę zamknięci... Ja bym dodała zamknięci na inne kultury, nieświadomi, niezainteresowani, żyjący we własnym sosie, „gościnni inaczej” :D Nic dziwnego, że wyciągam z tego jakieś własne spostrzeżenia, ale skąd bierze się nuta ironii w głowie, a czasem i w rozmowach? Nie można czegoś powiedzieć wprost? Można, ale widocznie ja tak lubię. A jeśli to ma być na nich sposób, to tym bardziej. Odpowiedź na pytanie Ça va ? (odpowiednik angielskiego How are you?) wcale nie musi być „społecznie poprawna”. Jeśli jednak wszystko jest w porządku, a ma się tylko pewien niedosyt, to zaiste jest to haczyk na rybę. Jedna połknie przynętę, inna nie. Takie są fakty.
Ale nie zrozumcie mnie źle. To się powszechnie nazywa ogółem różnic kulturowych. Ich wymieszanie uważam za wzbogacające. My inaczej odbieramy obcokrajowców, to wszystko. To nie jest tak, że jestem zrażona. Raczej już przyzwyczajona. Nie jestem tu pierwszy raz, tzn. w Lyonie owszem, ale nie pierwszy raz stykam się z ich kulturą. Te różnice nie przeszkadzają mi w zdobywaniu doświadczeń, a przy tym mam ciekawy materiał na bloga (tak myślę). Nie można też generalizować i wkładać wszystkich do jednego wora. Obserwuję przecież jednocześnie zachowania, które są - nazwijmy je - bliższymi naszej kulturze (przepadam za nimi!). Wniosek jest prosty: trzeba samemu się integrować. Może to nawet i lepiej, bo to zdecydowanie więcej uczy niż znalezienie się w środowisku absorbującym Cię z łatwością automatu z napojami, pochłaniającego pieniądze...

środa, 10 sierpnia 2011

10.08.2011

Tak sobie jeżdżę i obserwuję. O transporcie publicznym mowa. Ludzie przeróżni. Czasami mam ochotę uśmiechnąć się do kogoś obcego. Do dzieci mi to wychodzi. Takie słodziaki kolorowe wsiadają, że momentalnie robi się pociesznie na duszy. Raz wsiadła kobieta z wózkiem razem z dziewczynką, która tachała wielkie torebsko z zakupami. Przeszkadzało jej to później w naciśnięciu przycisku do wysiadki, ale, z niewielką pomocą, poradziła sobie, a przy tym była uśmiechnięta. Piękny widok.
Tutejszy mix narodowości, wyznań i kultur jest trudny do ogarnięcia. Ja jestem tak blisko tego wszystkiego w tym momencie, że ciągle nasuwa mi się coś na myśl, ale nie potrafię tego sprecyzować. Właściwie sama się do niego zaliczam. Jakaś część Polonii tu seżurnuje, wiadomo. Niektórzy Francuzi wspominają epokę pracy Polaków w kopalniach, inni mają po prostu polskich znajomych.
Oprócz tego, że ja obserwuję, inni też nie omieszkują tego robić. Chwilami mam wrażenie, jakbym miała na czole wypisane "obca". Ale to tylko takie moje odczucie, chyba przejściowe, bo w sumie to czuję się jak "u siebie". Poza tym, przyjęłam pewnego rodzaju "taktykę bezpieczeństwa", która polega na sprawianiu pozorów, że absolutnie wiem, gdzie jestem, że nie wpatruję się przez godzinę w rozkład i że patrząc na kierunki, tylko się upewniam. A jak robię zdjęcia, to dyskretnie. Zabawne, można uśmiać się z samej siebie. No bo kto by się nie śmiał z własnych narracji, pojawiających się codziennie w głowie. Fakt, że niektórzy je ujawniają w postaci mówienia do samych siebie, ale to w zasadzie podobne do tego, co się czyni na blogu...

Do następnego!

niedziela, 31 lipca 2011

"A sip of inspiration" in the region Haute Savoie

Co mi się dziś przydarzyło? Ach no to, że postawiłam na trochę nogi me dwie w Szwajcarii. Wybraliśmy się do Reignier w regionie Górnej Sabaudii. Zapowiadało się pochmurnie, ale jadąc raz w górę, raz w dół, rozjaśniało się na tyle, że jak dotarliśmy do w. w. mieściny to słońce na dobre pogoniło chmury. Poznałam Myriam, która tam mieszka. Równa z niej kobieta (z resztą tak samo jak jej siostra). Chyba skorzystam z zaproszenia, by zobaczyć jeszcze kiedyś Genewę. Wszakże widziałam tylko jej fragment. Wystarczający, by ponownie stwierdzić, że i tak jak zrobię zdjęcia, to nie to samo, co na żywo. Chciałoby się, żeby niektórzy widzieli pewne miejsca razem ze mną. To by dopiero było, jakby rzekły Smerfy w wersji francuskiej - schtroumpfant! Będąc u Myriam, miałam na moment w rękach komiks o Smerfach właśnie i się dowiedziałam, że w ich wersji ABSOLUTNIE wszystko jest smerfowe, czyli w komiksach używają czasowników, rzeczowników, przymiotników, itd. od słowa schtroumpf właśnie, tj. smerf. Wszystko oczywiście należy interpretować wg kontekstu. Niezłe. Urzekło mnie to, bo w naszej wersji nie ma czegoś takiego (albo się mylę). Są po prostu Smerfy, mają swoją smerfową krainę, jest Papa Smerf, jest Smerfetka i w zasadzie to wszystko.

Dosyć o Smerfach. Wróćmy do Szwajcarii, a właściwie Genewy. Przede wszystkim kosmopolityczna. Usłyszy się tam francuski, niemiecki, włoski, angielski i parę innych jeszcze języków. Kolorowo, zegarowo, luksusowo, mniej więcej tak mi się rzuciła w oczy. Mieszanka kulturowa, a w tle siedziby marek zegarków za nie chcę wiedzieć ile pieniędzy. Fotorelacja być może już jutro, cierpliwości...

Wracając, zatrzymaliśmy się w Cerdon (region Rodan-Alpy), czyli tam, skąd pochodzi... cerdon. W zasadzie wcześniej, aż do tej pory, nie widziałam francuskich winnic, a tutaj tak ładnie były "rozprasowane" na wyżynnych polach. Zaszliśmy do jednej z winiarni i mieliśmy okazję spróbować.

Na końcu pokazali mi jeszcze spory kawałek zielonego terenu, zaraz przy Decines, gdzie jesteśmy. Jest tam jezioro, campingi, ludzie grają w piłkę, piknikują się. Co w tym szczególnego, co odróżnia to miejsce od np. łódzkiego Arturówka? To, że ludzie piknikują w konkretnych grupach, dzielą się na Azjatów, czarnoskórych, Arabów... Takie zamknięte grupy powstają bardzo szybko, ale ciekawe, kto wie, że są tego typu miejsca? Piszę tu o tej zielonej przestrzeni, nie o jakichś gettach. Nie jest to dość specyficzne?