piątek, 17 września 2010

Nie zapomnę...

Nie zapomnę dnia powrotu ze wspaniałego tygodnia w l'Estartit. Poprzednie powroty były inne, tym razem wyraźnie coś się kończyło i coś zaczynało.
Tak ciężko było się przestawić, mimo, że po pierwsze: był to powrót po krótkiej nieobecności (tylko tydzień i AŻ TYDZIEŃ), po drugie: powrót do "siebie", do swoich... do Polski, którą zawsze traktowałam jak swoją. Mentalność rodaków przeszkadzała mi wtedy jak nigdy, męczyło mnie tachanie walizki po chropowatych i krzywych chodnikach, do których jestem przecież przyzwyczajona, irytowały mnie zachowania ludzi, ich brak uprzejmości i stwarzanie problemów. Dziwne to było wszystko, jak bym dotarła conajmniej do obcego miejsca.
Wrażenie to towarzyszyło mi przez pierwszy tydzień, potem zaczęło się zacierać gdzieś w szarym tle. I cóż wynika z tych moich wywodów? Teoretycznie, do wszystkiego można przywyknąć, z tym, że tutaj jest małe ale... ALE jest takie, że nie można się temu poddać, tzn. NIE MOŻNA POZWOLIĆ sobie przyzwyczajać się do wszystkiego!
Każdy człowiek w pewnym momencie swojego życia do czegoś przywykł. Mniej lub bardziej świadomie, ale przywykł. Ja na pewno przyzwyczaiłam się do części fenomenów, od których chcę się odzwyczaić. Zwyczajnie odzwyczaić, po prostu... Nie znaczy to, że nagle znikną w banalny sposób , ale zaczyna się pewien proces.
Nowy rok jak dla mnie może być każdego dnia. Koniec jednego, początek drugiego. Konkretne momenty i etapy można oddzielić od innych. Osobiście nie robię całorocznych bilansów. Brak wielkich postanowień, każdy kolejny dzień wnosi coś ze sobą.
Nie planowałam np. wylania powyższych refleksji ani tu ani teraz. Tak po prostu wypłynęło, bo część się kumulowała i już kiedyś miała ujrzeć światło dzienne. Tak się nie zadziało - widocznie musiało to nastąpić dopiero dzisiaj.

A na finish zachęcam do rzucenia okiem na moją picasę (link po prawej str.), bo pewnie nie wszyscy mieli okazję wczuć się w klimat, którego i tak żadne zdjęcie nie oddaje w 100%.

Z pozdrowieniami dla czytelników i podglądaczy

JB:)

piątek, 9 lipca 2010

Uroki polskiej wsi

Znam jedną taką. Jadąc tam myślałam, patrzyłam, słuchałam dźwięków i spałam. Taki początek moich wakacji...
Ma w sobie coś, czego nie ma żadne miasto. Trudno określić co, bo spokój i ciszę doceni każdy mieszczuch. Jest po prostu inna... Wieś... Ludzie są inni, tryb życia jest inny i zjawiska atmosferyczne też jakby inne.
Wjeżdżasz do niej i wiesz od razu, że nie jesteś stamtąd. Odbierasz spojrzenia mieszkańców. Ciekawscy? Po części. Nieważne czy autem, rowerem, traktorem, czy na przyczepie (wszystko dozwolone) - ważne, że jedziesz. I może nie jesteś totalnie obcy, ale zauważony na pewno. Patrzą na Ciebie, bo muszą wiedzieć, czy Cię przypadkiem nie znają i wtedy automatycznie machają lub kiwają głową.
Pewna część dzieciństwa tam. Zmiany? Niewielkie. Życie posuwa się na przód, jakiś mniej więcej określony obraz został. Cel - odwiedziny. Trochę inaczej spędzany czas, spora jego część na zastanawianie. Inne niż w mieście zajęcia. Mniej stresu? Możliwe. Inny charakter pracy i obowiązków.
Zielone łączki, pola z kłosami, sady, ogródki.
Krowy, kury, kaczki, psy i koty.
Mieszkać tam zamiast w mieście? Nie. Trochę nudno... Ale miło by było mieć drugi dom na wsi (a właściwie jeden z wielu, bo można tu wliczyć sporo miejsc; dom - pojęcie względne).