No cóż, tak bywa na moich studiach. Wykładowcy, jak gdzieś nie wyjeżdżają służbowo i nie są chorzy (lub "chorzy"), to biorą udział w jakichś konferencjach. Z tego powodu dzisiaj znów nie mieliśmy zajęć, za to musieliśmy pojechać do centrum szkoleniowo-konferencyjnego UŁ na otwarcie III międzynarodowej konferencji argotologicznej, że się tak wyrażę, czyli dotyczącej gwar i żargonów francuskich (po francusku z resztą). Spędziliśmy tam tylko pół godziny (robiąc za sztuczny tłum), żeby wykładowca fonetyki wpisał nam obecność, jako że wystawia ocenę na semestr wg frekwencji właśnie. Trochę się spóźniłyśmy z koleżanką z Sieradza, ale faktem jest, że nie zaczęli punktualnie, więc w sumie zdążyłyśmy. Potem i tak musiałyśmy dorwać jegomościa, żeby nie zapomniał nas zaznaczyć na liście.
Wracając, miałam wejść do mieszkania Adama, żeby wyprowadzić Inkę, bo przecież oni są taaacy zapracowani. Wchodzę, a ona merda ogonem, którego nie ma. Słodkie boże stworzonko!
Następnie, idąc już do siebie, spotkałam, a raczej ona mnie - jak się określiła - misjonarka. Misjonarka-mormonka to była. Z Niemiec. Pogadałyśmy chwilę, no bo czemu nie i znów czegoś mi brakowało..
W dodatku, popsztykałam się z kimś po raz n-ty. Życie..
I.. nie wiem, co z tego wynika.
1 komentarz:
Bośmy ludźmi jedynie Asiu Kochana. Ja tam wiem, że Ci nic nie brakuje. I skąd ja znam te konferencje za obecność :D nic się na UŁ nie zmieniło.
Prześlij komentarz